O wieku nastoletnim powstało wiele opowieści, że to okres buntu, podważania autorytetów, przebudowy mózgu.
My chcemy dzisiaj popatrzeć na życie nastolatków i ich rodziców poprzez pryzmat potrzeb. Co tak naprawdę jedna i druga strona chcą powiedzieć i dlaczego im nie zawsze wychodzi.
Każdy z nas i dorośli, i małe dzieci, jak i nastolatki potrzebują wiedzieć, że są kochane, akceptowane – że mają znaczenie takie, jakie są. Czasem niedoskonałe, czasem pogubione.
Nie ma ludzi, dzieci i nastolatków doskonałych. Każdy z nas jest najlepszą wersją siebie na dany moment. Jasne – nie zawsze to, co robimy jest miłe czy fajne dla innych – to już zupełnie inna bajka. Jednak to, co robimy i mówimy wynika z naszych pięknych i uniwersalnych potrzeb. Chcemy dążyć do zaspokajania tych potrzeb. Nie przeciwko komuś, nie wbrew, nie na złość. Po prostu każdy z nas chce zaspokajać swoje potrzeby, a jedną z nich jest współpraca, wzbogacanie życia innych. Małe dzieci klaszczą sobie z radości, gdy spełnią prośbę mamy o przyniesienie talerzyka. Mama czuje dumę i radość, gdy może uszyć dziecku wymarzony strój na zabawę w szkole czy w przedszkolu. Lubimy współpracować i brać siebie wzajemnie pod uwagę.
Aż tu naraz niespodziewanie, krok po kroku nachodzi czas zmiany. To wcale nie znaczy, że potrzeby współpracy i wzajemnego czynienia dobra znikają. Jednak na pierwszy plan w wieku nastoletnim wychodzą niezależność, sprawdzanie, kim jestem, co to tak naprawdę znaczy być mną, a także akceptacja.
Nastolatki bardzo, ale to bardzo potrzebują akceptacji. Akceptacji dla siebie, takich jakie są: pogubionych, nieraz mocno obwarowanych w swoim świecie. Takich niedoskonałych, jacy teraz są. Potrzebują też akceptacji dla swojego świata, którego my często nie rozumiemy i co więcej, który także może wzbudzać nasze obawy, lęki. Potrzebują współdzielenia rzeczywistości – lecz swojej rzeczywistości. Wiedzą, co dla nas rodziców jest ważne, jakie cenimy zasady w życiu, co lubimy słuchać, czytać, jak rozmawiać. I teraz w okresie dojrzewania chcą sprawdzić, co dla nich jest ważne, co one lubią. Eksperymentują z muzyką, z książkami, ze znajomymi (tak szybko nieraz kogoś lubią i nie lubią) – szukają siebie. I chcą w tych poszukiwaniach być przez nas dorosłych widziani, akceptowani.
Chcą mieć prawo być sobą, nawet jeśli na razie mocno niedoskonałymi, chcą byśmy w nich wierzyli, że choć ani strój, ani fryzura, ani nieraz zachowanie nie pomagają nam w to wierzyć, oni mają dobre serce i znają nasze wartości. Ba, nawet je cenią, tylko teraz nie zawsze chcą to pokazywać. Bo szukają, bo sprawdzają, bo potrzebują po swojemu rozwinąć skrzydła.
Jako rodzic czasem się boję o moje dziecko, czasem czuję w sercu wielkie ukłucie – to mój strach o bezpieczeństwo, szczęście, spełnienie mojej pociechy, mojego dziecka. Jednocześnie ufam, że dostała ona ode mnie dużo, a teraz, choć ma dopiero 12 lub 14 lat, zrobi najlepszy z tego użytek. Ja będę obok. Do przytulania – gdy będzie na to zgoda, do wysłuchania – gdy lekcja okaże się zbyt trudna, do pokazania, że widzę cię i biorę na poważnie młody człowieku, choć jesteś nieraz z zupełnie innej bajki.




